pokaz koszyk
rozwiń menu
tylko:  
Tytuł książki:

Bracia Kramer

Autor książki:

Bartek Świderski

Dane szczegółowe:
Wydawca: Prószyński
Rok wyd.: 2011
Oprawa: miękka
Ilość stron: 184 s.
Wymiar: 142x202 mm
EAN: 9788374692328
ISBN: 978-83-7469-232-8
Data: 2006-05-11
Cena wydawcy: 24.00 złpozycja niedostępna

Opis książki:

Bartek Świderski - warszawiak rocznik 1973, z wykształcenia socjolog, z zawodu scenarzysta, pracuje dla TVN. Jego teksty na tematy kulturalne drukowały m.in. "Wprost”, "Odra”, "Machina”, "Twój Styl”, "Pani”, a prozę "Szpilki” i "Nowa Fantastyka”. Wydał zbiór opowiadań "Mocny program”. "Bracia Kramer” to jego powieściowy debiut.
Tytułowi bracia poszli w życiu różnymi drogami. Młodszy, Michał, pracuje w księgarni, a po godzinach maluje komiksy. Rafał to "wróg publiczny numer 3, lewa dolna macka Otwockiej Ośmiornicy”. Wydaje się, że łączy ich tylko nazwisko i... Ola, samotna trzydziestopięcioletnia dziennikarka kolorowego pisma. Troje ludzi, trzy światy, jeden cel. Miłość, której szukają, uderza jak piorun; okazuje się, że popkultura, rubryka porad kobiecego magazynu ani pobyt w więzieniu nie przygotowują na jej zasadzki. I nic już nie będzie takie samo - może oprócz Zygmunta III Wazy, spoglądającego na świat z wyżyn swojej kolumny.
"Bracia Kramer” to pełna zabawnych dialogów i trzymająca w napięciu opowieść o miłości, ale i gra między prawdą a fikcją, która spodoba się zarówno fanom Nicka Hornby ego, jak i Johna Fowlesa, szukającym w literaturze tajemnicy i zagadki, rozwiązanej w zaskakującym finale.
FRAGMENT:
Rozdział III
W skrzynce inbox znalazłem dwa listy. Nadawca pierwszego nosił pseudonim Remarque, który nic mi nie mówił (poza autorem "Na zachodzie bez zmian”, który chyba nie żył). Zaczynał się w stylu Ewy, ale kończył jak klasyczny, natchniony spam, który krąży w sieci ku pokrzepieniu serc.
OD: remarque@e-pieniadze.pl
DO: m.kramer@t-komix.pl
Temat: 86 centów.
Ile jesteś wart? 86 centów. Tyle kosztują pierwiastki, z których składa się twoje ciało. Jesteś droższy od puszki coli, ale tańszy od pary butów, zegarka czy krzesła. Jesteś tańszy niż koń, świnia, krowa i wszystkie zwierzęta cięższe od człowieka. Dopiero miłość nadaje twemu istnieniu sens i wartość nieskończoną jak wszechświat. "Ludzie to materia, z której utkane są sny” - napisał Szekspir. "Przykazanie daję wam, byście się miłowali” - powiedział Chrystus. "Wszystko, czego potrzebujemy, to miłość” - śpiewali Beatlesi.
Pamiętaj o tym każdego dnia.
Remarque
PS.
Wyślij ten list do dziesięciu osób, a Miłość będzie zawsze z Tobą.
W sumie niezły tekst ten z 86 centami, trzeba będzie zapamiętać. Filmy filmami, ale trzeba iść z duchem czasu. Internet to encyklopedia niechcianych informacji, ale i niezłych grepsów. W efekcie nie trzeba kończyć studiów medycznych i czytać pięciu książek tygodniowo, żeby błysnąć w towarzystwie biochemicznym bonmotem.
Drugi e-mail pochodził od Rafała.
OD: r.kramer@e-pieniadze.pl
DO: m.kramer@t-komix.pl
Temat: Cztery pory roku.
No, bracie - dopóki katowałeś fikcyjnych bohaterów, mogłem się tylko popukać w czoło i wstydzić za niewyżytego braciszka. Twoje problemy, twoje komiksy. Ale sam widzisz, że nie można tego robić bezkarnie.
Zdziwiłem się, że dowiedział się o akcji na Rozdrożu albo o butelkowaniu kotów, ale dalej pisał:
Motyw z "Czterema porami roku” był dość chory, a w takich sytuacjach zawsze znajdzie się ktoś, kto go zrealizuje.
Poczułem na czole kłujące kropelki.
Na twoim miejscu wykupiłbym cały nakład "Metropolii”, choć fakt, że dają ją za darmo, trochę utrudnia to zadanie. Mam nadzieję, że nie dotrze do Konstancina, bo matka dostanie zawału (z tego, co wiem, już była bliska po przeczytaniu "Zabójcy”, którego jej lekkomyślnie dałeś) i wypisze cię z rodziny.
Rafał
PS.
Tak w ogóle to dobrze, że pojechałeś do matki. Interes, o którym pisałem, wyszedł, więc wszyscy będziemy mieli ekstrawesołe święta. Pomyśl o czymś w klasie forda escorta. Tylko popraw się.
W kafejce nagle zrobiło się jakoś duszno. Wylogowałem się i wstałem. Przy wyjściu potrąciłem niechcący stojak "Metropolii” i mój wzrok padł na nagłówek: "Porachunki gangsterów”. Czułem się jak we śnie, którego logika wymaga, bym podniósł gazetę i znalazł w niej opis wymyślonej przez siebie zbrodni. Tak też się stało.
"Zrobiliśmy mu z kończyn ... Gips... zapalniczka... imadło... Dwa dni... ale nie żył... Skąd pomysł? Gdzieś przeczytaliśmy...”.
Na ulicy zgniotłem i wyrzuciłem pisemko. Ale, jak słusznie zauważył Rafał, nie mogłem tego zrobić pięćset tysięcy razy, a tyle bodajże wynosił nakład "Metropolii”. Zacisnąłem szczęki z całych sił, a potem jeszcze mocniej. Ból zębów pomógł uporządkować rozbiegane myśli. Wróciłem do kafejki, wziąłem nowy egzemplarz i na zimno przeczytałem artykuł. Nie padał w nim tytuł komiksu ani moje nazwisko, ale skoro Rafał skojarzył go z "Zabójcą”, mogła to też zrobić policja. Oczywiście nie to było najważniejsze. Kim był czerwony dresiarz i dlaczego się na mnie uwziął? Jeśli psychopatą, to musiał być chory już wcześniej, nie można mnie winić za jego przestępstwa. A może ktoś wrabiał mnie naumyślnie... Tylko kto? Konkurencja? Bez przesady - na rynku wydawniczym robiło się ciasno, ale rysowanie komiksów to nie handel bronią. Kolejna opcja - może akcje miały uderzyć rykoszetem w Rafała? Ludzie z jego świata mieli wszystko, czego potrzebowali sprawcy: pieniądze, znajomości, tylko motywacja wydawała się naciągana.
Po chwili poddałem się - nie miałem pojęcia, o co może chodzić. Pozostało robić swoje i czekać, aż czerwony dresiarz się ujawni. Albo przestanie.
Odpisałem Rafałowi, żeby się nie martwił, i wróciłem do księgarni.
Koło południa przyszła pani Zosia i rozpoczęła cotygodniowe sprzątanie.
- Włażą, błota naniosą i zadowolone.
Jej pomruki sprowadziły mnie na ziemię. Spojrzałem znad komiksu, który bezmyślnie kartkowałem, by zderzyć się z rzeczywistością w postaci wypiętych pośladków w kwiecistym fartuchu. Osaczały elegancką brunetkę, która oglądała książki w dziale podróżniczym. Kobieta zaczerwieniła się i ruszyła do wyjścia. Jej kozaczki zostawiały na podłodze drobne, trójkątne ślady, które pani Zosia śledziła z wyrzutem.
- Zgadza się, pani Zosiu - westchnąłem dla świętego spokoju i wróciłem do lektury. Batman już uwolnił się z sideł nałogu. Właśnie odwiedził swojego prześladowcę - profesora, który wcześniej preparował dla niego tabletki. Ten tymczasem uzależnił od narkotyku oddział mutantów, którzy gołymi rękami wymordowali całą wioskę. Gdyby to ktoś zrealizował, autorzy komiksu mieliby przechlapane - pomyślałem. Ale najprawdopodobniej mogli spać spokojnie. Nie każdy ma tak energicznych odbiorców, jak ja czy Alfred Hitchcock.
Odłożyłem komiks, który czytałem już miesiąc (rekord; odkąd nauczyłem się czytać, pochłonięcie komiksu zajmowało mi średnio godzinę) i wróciłem myślami do "Tory”. Jej ciepły świat był moim schronieniem, moją arkadią i odkupieniem. Myślałem o niej całą niedzielę. W końcu wyeliminowałem amputowanie nogi i wszelkie sceny zawierające przemoc. Nie było to łatwe, bo opowiada ona historię wojny podwarszawskich gangów, licytujących się w wysadzonych klubach i przekupionych sędziach. Przełom nastąpił, gdy przywódcę mafii otwockiej zmieniłem z bezmózgiego okrutnika w filozofa wspierającego się mądrościami Kabały (księgę "Zohar” ściągnąłem ze strony: www.mistykadlakazdego.pl). Zawarte tam wariacje na temat Tory przerobiłem na proste opowiastki, którymi otwocki Don poucza swych podwładnych. W końcu wystawione na próbę przyjaźń i uczciwość triumfują w ich sercach, odmieniając także ich przeciwników z Pruszkowa i Wołomina. Jedyną rzeczą, która ginęła na kartach "Tory”, były moje wyrzuty sumienia. Jakoś po nich nie płakałem.
- Wyjdę coś zjeść, popilnuje pani interesu? - spytałem panią Zosię, która dotarła z mopem pod wystawową szybę. Zignorowała pytanie, zawzięcie trąc wyimaginowane plamy.
- A to co? Chyba ktoś się całował przez szybę... - Spojrzała na mnie oskarżycielsko, a ja odliczyłem w myślach od dziesięciu do jednego.
- Zostaje pani czy wychodzi?
- Znowu te lancze - mruknęła pod nosem. - Przecież w domu można sobie zrobić kanapkę...
- Dobra, zamknę księgarnię - przerwałem, biorąc z wieszaka kurtkę.
Pani Zosia podniosła mop jak halabardę, ale wyminąłem ją z drugiej strony i otworzyłem drzwi.
- Pan nie zamyka, popilnuję sklepu. Ale takie lancze to dla mnie...
Wyrabianie poglądów było dla pani Zosi proste jak oddychanie i na ogół dawało równie cuchnący efekt. Nie dowiedziałem się jednak, co myśli o służbowych lanczach, bo drzwi okazały się dźwiękoszczelne.
Odruchowo spojrzałem na ścianę kamienicy vis-a-vis księgarni, by sprawdzić godzinę. Do niedawna zdobił ją wymalowany zieloną farbą zegar słoneczny. Ale przed Gwiazdką zastąpił go portret Świętego Mikołaja z butelką coli i podpisem "Poczuj smak świąt”, który stanowił genialną odpowiedź na pytanie: "Jak napój chłodzący sprzedać zimą?”. Czasomierz wypatrzyłem dopiero na ręku elegancko ubranego mężczyzny idącego Zapieckiem. Jednocześnie dotarło do mnie, że już pierwsza oraz że właścicielem ręki i złotego roleksa jest Andrzej Gałkiewicz - gwiazda mojego wydawnictwa.
- Witam kolegę - rzucił jowialnie. - Krzywa rośnie?
Zmiażdżył mi rękę z siłą, która chyba miała nas obu przekonać, że starszy pan jeszcze żyje.

- Powoli... - stwierdziłem, obserwując jego drugą rękę, obejmującą seksowną blondynkę, która mogłaby być jego córką.
- A mnie robią już dziesiąty dodruk - rzucił sadystycznie. - Masz pojęcie?
- Nie - odparłem zgodnie z prawdą. Fakt, że ktokolwiek czyta gnioty Gałkiewicza, nie mieścił mi się w głowie. Profanował serię o Żbiku, wydając jej dwusetny zeszyt, równocześnie rozrysowywał komiksowe harlequiny z twarzami przekalkowanymi z reklam kosmetyków. Gdy się pożegnaliśmy, a smukła dziewczyna skinęła mi chłodno głową, poczułem ukłucie zazdrości. Sukces Gałkiewicza był dla mnie dotąd abstrakcyjny jak suma zer na koncie (suma to zero plus zero, a to daje zero, czyż nie?). A teraz zyskał piękną twarz blondynki o wypukłych kościach policzkowych, tak różnej od filuternej Oli jak dzika sarna różni się od pluszowej zabawki. Osobiście wolałem ciepłą, przyjazną zabawkę od nieobliczalnej dziczyzny, ale uwierał mnie fakt, że ten marny kiczownik stał się obiektem pożądania pięknej kobiety.
Do "Szarży” dotarłem już lekko podminowany. Tam zdałem sobie sprawę, że brakuje mi dwóch złotych do obiadu, i zadowoliłem się kanapką na wynos. Przypomniało mi się, że wciąż nie nadałem podrabianego zaświadczenia informującego o postępach w mojej terapii psychiatrycznej - a raczej o braku takowych - które co pół roku wysyłałem do Wojskowej Komisji Uzupełnień. Poszedłem na pocztę, zaopatrując się po drodze w najnowszy numer "Metropolii”. List należało wysłać poleconym, a kolejka do okienka była długa. Otworzyłem gazetę na dziale kulturalnym. Mój wzrok przykuwała wielka recenzja komiksu "Jesienne amory” Gałkiewicza, epatująca frazesami w stylu: "rewelacja... genialne połączenie... zabawa konwencją...”. Gdy dochodziłem do okienka, byłem już nieźle wkurzony. Przypomniałem sobie generalną zasadę zarządzania gniewem z "Innych ludzi”: uświadom sobie, co tak naprawdę cię złości. Zrobiłem szybki rachunek sumienia. Dziewczyna Gałkiewicza? Dwa złote, których zabrakło mi do obiadu? Recenzja w gazecie? Nie: fakt, że należą do innych, podczas gdy ja tyram w księgarni i obrywam za - rzekomo - bezsensowną przemoc w moim debiutanckim komiksie. A to już kierowało irracjonalny gniew w jakąś stronę - nie na ludzi, którzy mi nic nie zrobili, a na działania, które miały wyeliminować jego przyczynę. Stworzenie przyjaznego, dojrzałego komiksu, który nikogo nie skrzywdzi i spodoba się czytelnikom. Trzeba skończyć "Torę”, zanim takie myśli zapędzą mnie z powrotem w progi ASP albo do firmy Rafała.
Nadeszła moja kolej, wyjąłem więc z kieszeni kopertę i pochyliłem się do okienka. Moja ręka natrafiła na opór. Była to tabliczka "Okienko nieczynne”.

- Jak to? - spytałem słabo.
- Przerwa obiadowa - odparła pani w niebieskim fartuchu, wyglądająca jak młodsza i chudsza siostra pani Zosi. Rozejrzałem się. Staruszka za mną westchnęła i podreptała do wyjścia.
- Ale to dziś jedyne okienko...
- Koleżanki są chore, a ja mam przerwę. Proszę przyjść za pół godziny. - Kobieta wydęła podmalowane policzki.
Wziąłem głęboki wdech.
- Ja tu stoję pół godziny...
"Konstruktywne działanie” - przemknęło mi przez głowę. Odpędziłem krwawe komiksowe kadry, które stanęły mi przed oczami.
- To nie moja wina - prychnęła, z godnością poprawiając kołnierzyk.
- Dobrze, przyjdę później, ale musi mnie pani obsłużyć bez kolejki.
Kobieta zmierzyła mnie zaskoczonym spojrzeniem.
- Ja mam, proszę pana, masę klientów. Nie zapamiętam pana.
Delikatnie odsunąłem tabliczkę i wetknąłem głowę do okienka.
- Nie zapamięta mnie pani?
Kobieta pokręciła głową, cofając się lekko. Zebrałem w sobie całą złość, jad, przygnębienie, frustrację i wyplułem na jej niebieski fartuch.

- To teraz mnie pani zapamięta.
Wziąłem głęboki wdech przez odetkany wreszcie nos i poczułem się dziwnie.
- Przepraszam... - bąknąłem.
Za mną rozległy się oklaski. Babcia chichotała, potrząsając siwymi włosami, które wypadły jej z kapelusika. Wyszedłem, nie oglądając się za siebie.
- Też chciałam to zrobić, ale zdrowie nie to - zaśmiała się starowinka, dogoniwszy mnie na chodniku. - A po rentę zgłoszę się dopiero jutro, dziś zjem ziemniaki...
Dałem jej drobne, które zostały mi z kanapki. Wzbraniała się, ale w końcu przyjęła i podziękowała z uśmiechem, który odmłodził ją o dwadzieścia lat.
Po raz pierwszy tego roku poczułem smak świąt.

Książka "Bracia Kramer" - Bartek Świderski - oprawa miękka - Wydawnictwo Prószyński. Książka posiada 184 stron i została wydana w 2011 r.