pokaz koszyk
rozwiń menu
tylko:  
Tytuł książki:

Wszystkie języki świata

Autor książki:

Zbigniew Mentzel

Dane szczegółowe:
Wydawca: ZNAK
Rok wyd.: 2005
Oprawa: twarda
Ilość stron: 176 s.
Wymiar: 152×212 mm
EAN: 9788324005598
ISBN: 83-240-0559-5
Data: 2005-05-17
Cena wydawcy: 35.00 złpozycja niedostępna

Opis książki:

Świetna, wielowarstwowa powieść, której akcja toczy się w Warszawie, dziesięć lat po upadku komunizmu. Jeden dzień z życia bohatera książki to zaledwie punkt wyjścia do opowieści o skomplikowanych relacjach rodzinnych, o dorastaniu w Polsce lat 50. i 60. i o zawiłych losach polskiej inteligencji. Przede wszystkim jednak jest to pasjonująca historia kogoś, kto pragnie wyrazić siebie, kto dąży do prawdy i próbuje nadać swemu życiu głębszy sens. W powieści Zbigniewa Mentzla spomiędzy obrazów współczesności wyłania się historia, a spod śmiechu i groteski przebija refleksja nad tajemnicą ludzkiego losu i istotą języka.
Prawa do niemieckiego wydania powieści Wszystkie języki świata zostały sprzedane jeszcze przed jej polską premierą.
"Należy czytelnika ostrzec: choć w Krakowie wydana, opowieść Mentzla jest wybitnie warszawska. Jeśli czytelnik z Krakowa lub innego miasta poza stolicą przeczyta mimo tej przestrogi Wszystkie języki świata, będzie zbudowany duchowo, choć niekoniecznie wesoły".
Leszek Kołakowski Fragment:
1
Przebudzenie
Sen był straszny.
Z początku nie potrafiłem się w nim rozeznać, nie wiedziałem, co właściwie śnię, czego się boję, czym są te kawały surowego mięsa, które zbite na krwawą miazgę ciągle jeszcze dają oznaki życia.
Dopiero po chwili, kiedy obraz wyłoniony z zamętu przybliżył się, zaostrzył, ujrzałem niezliczone mnóstwo ludzkich języków wydartych żywym lub umarłym, języków, z których czyjeś niewidzialne ręce wznosiły wielką budowlę w kształcie piramidy, a może sięgający nieba stos ofiarny.
Patrzyłem z przerażeniem, jak języków przybywa: brunatnych, sinych, prawie czarnych, i zdawało mi się, że ktoś nadal nimi włada, bo nawet wtedy, kiedy sczepiały się ze sobą, skawalały, tworzyły bezkształtną masę służącą za budulec, nawet wtedy języki ani na chwilę nie zastygały w bezruchu, tylko nieustannie poruszały się w gorączkowych paroksyzmach, jakby cała okrutnie okaleczona ludzkość, jakby cały świat - ten świat - wzywał pomocy?... pytał o coś?... przeklinał?... modlił się?... błagał o zmiłowanie?
Ciekawe, że mimo całego tego okropieństwa nie przebudziłem się z okrzykiem trwogi, spłoszony, mokry od śmiertelnego potu. Po prostu otworzyłem oczy i leżałem w pościeli; oddech miałem głęboki, równy, wrodzona wada serca nie dawała o sobie znać; spokojne, bardzo spokojne to było przebudzenie.
Znajdowałem się w Warszawie, w moim rodzinnym mieście, w mieszkaniu na pierwszym piętrze niewysokiego domu przy ulicy Henryka Siemiradzkiego, artysty, który sto lat wcześniej malował symboliczne sceny na ogromnym płótnie - największej kurtynie teatralnej w Europie.
Zimowy dzień ociągał się ze wstawaniem, panowały ciemności i tylko z pamięci odczytywać mogłem tytuły książek, które w pokoju otaczały mnie ze wszystkich stron. Uniosłem głowę, aby sprawdzić czas na wieży marki Sony. Cyfrowy zegar pokazywał szóstą zero zero, jednak była piąta. Po zmianie czasu nie przestawiłem jeszcze cyfr i zegar spieszył o godzinę.
Przez chwilę próbowałem sobie przypomnieć, jak nazywa się czas zimowy, na który jesienią przeszliśmy z letniego: wschodnio-, zachodnio- czy środkowoeuropejski? Wydawało mi się, że wschodnio-, ale mogłem się mylić. Czyżby jednak zachodnio-? Zresztą, wszystko jedno.
Odkąd Duch zstąpił i odnowił oblicze ziemi - tej ziemi - odkąd komuniści stracili władzę, odkąd runęły mury i rozpadło się imperium, ogłaszane co roku zmiany czasu nie miały już dla mnie znaczeń, które kiedyś nadawałem im z dziecinną naiwnością.
Była piąta. Piąta zero trzy.
Wiedziałem, że już niedługo, jak tylko skończy się ostatnia godzina nocnej ciszy, pod starą kamienicą naprzeciwko, gdzie na przestronnym strychu budowano mansardy dla pracowników amerykańskiego banku, ruszy z hałasem betoniarka, a winda towarowa, zgrzytając w stalowym szybie, jeździć zacznie tam i z powrotem przywoływana okrzy­kami:
Góraa!
Dóół!
Góraa!
Dóół!
Góraaa!
Dóóół!
Przynajmniej przez dwie godziny powinienem jeszcze spać, ale nie byłem senny. Leżałem z otwartymi oczami, słuchałem, jak bije we mnie serce, po raz pierwszy od dawna nie wyczuwając nawet najmniejszych zaburzeń jego rytmu, i myślałem, co przyniesie mi dzień, który właśnie się zaczyna.
Tego dnia mój ojciec w osiemdziesiątym drugim roku życia ostatni raz miał pójść do pracy w aptece miejskiego szpitala zakaźnego, a ja przyrzekłem, że pomogę mu zawieźć tort i ciastka dla uczestników skromnej uroczystości pożegnalnej.
Wychowanek Korpusu Kadetów, podporucznik piechoty, we wrześniu trzydziestego dziewiątego wzięty przez Niemców do niewoli, po pięciu latach obozu w Woldenbergu wrócił do Polski - innej Polski, pożegnał się z mundurem, ożenił, został farmaceutą, zaczął pracować w aptece swego teścia, a kiedy wkrótce potem komuniści zabrali apteki prywatnym właścicielom, poszedł na państwową posadę i próbował jakoś wiązać koniec z końcem.
W miejskim szpitalu zakaźnym, który przed wojną należał do rodziny Baumanów, ojciec nie opuścił ani jednego dnia pracy i ani razu się nie spóźnił. Pracował. Pracował najlepiej, jak umiał, a po dwudziestu pięciu latach na Święto Pracy - Pierwszego Maja - dostał Brązowy Krzyż Zasługi i teczkę z imitacji świńskiej skóry. Gazeta Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia zamieściła o nim z tej okazji artykuł ze zdjęciem.
Kiedy matka wzięła gazetę do ręki i zobaczyła, jak zatytułowany jest tekst o ojcu, wybuchnęła histerycznym śmiechem.
Tytuł: Od szabelki do pigułki, mnie także wydał się z początku bardzo śmieszny.
- No nie... Coś podobnego... Od szabelki do pigułki... - matka z niedowierzaniem kręciła głową i śmiejąc się przez łzy, czytała artykuł na głos.
"Być może i w jego plecaku drzemała buława marszałkowska, ale Rudolf Hintz znalazł się na innym odpowiedzialnym stanowisku w służbie dla ojczyzny, Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej".
Doczytała do końca. Zamarła na moment z otwartymi ustami, jakby w pół słowa oniemiała, a potem z furią cisnęła gazetę pod nogi i zaczęła ją deptać na podłodze. Zobaczyłem, jak zdjęcie ojca ubranego w biały fartuch rozrywa się na kawałki.
- Dranie! Dranie! - gazeta darła się na strzępy. - Ja takich idiotyzmów w życiu nie czytałam. Dlaczego nie napisali, ile on zarabia i jak ma utrzymywać za to rodzinę?
Pomyślałem, że w naszym domu stanie się za chwilę coś strasznego. Ojciec patrzył na matkę, zaciskając usta, i próbował złożyć porwaną gazetę.
Odkąd pamiętam, rodzice nie żyli ze sobą w zgodzie.

Książka "Wszystkie języki świata" - Zbigniew Mentzel - oprawa twarda - Wydawnictwo ZNAK. Książka posiada 176 stron i została wydana w 2005 r.

Spis treści:

1. Przebudzenie
2. Prastara onomatopeja
3. Maszyna do pisania
4. Czarna biżuteria
5. Ojciec i Nathan Rothschild
6. Mówi się? Mówi! Mówi! Mówi!
7. Pierwsza litera alfabetu
8. Żywe obrazy
9. Matka i Charles Baudelaire
10. Środkowy filar
11. Puste kalendarze
12. Bóg Słońce
13. Jak zostać poliglotą?
14. Speak to me...
15. Liczby Fibonacciego
16. Życie pod mostem
17. Wysługa lat
18. Człowiek dwujęzyczny
19. Milczenie
20. Salwa
21. Sen

Źródła cytatów