pokaz koszyk
rozwiń menu
tylko:  
Tytuł książki:

Stygmatycy

Autor książki:

Marek Nowakowski

Dane szczegółowe:
Wydawca: Prószyński
Oprawa: twarda
Ilość stron: 152 s.
Wymiar: 146x208 mm
EAN: 9788373379527
ISBN: 83-7337-952-5
Data: 2006-05-18
Cena wydawcy: 24.00 złpozycja niedostępna

Opis książki:

W swym nowym zbiorku opowiadań Marek Nowakowski, mistrz małych form narracyjnych, łączy jak zazwyczaj koloryt obyczajowy i językowy z wyczuciem moralnych i egzystencjalnych problemów. Odmalowane celnym piórem sceny i portrety tworzą obraz nowej rzeczywistości - odartej z piękna, pozbawionej retuszu. W Polsce przełomu lat 80. i 90. stara generacja, spychana na margines, traci grunt pod nogami, gubi się w dzisiejszych czasach; od nowej kasty panów, potężnej i nieobliczalnej, dzieli ich przepaść, nie tylko mentalna - owo zderzenie dwóch, nieprzystających do siebie światów to zarazem metaforyczny koniec drogi ("Stygmatycy”). Bogactwo duszy i świetlista aureola poezji blakną i powszednieją, oczekiwanie na bajkowego królewicza to tylko infantylne imaginacje prowincjonalnej gęsi. Młodzi poeci nie poruszają już dziewczęcych serc, wyrugowani przez gwiazdorów kolorowych mediów i biznesmenów z rankingu najbogatszych Polaków ("Dawni poeci i muza"). W wielowarstwowej i wielowątkowej mikropowieści "Honolulu” bohater, były ambasador PRL we Francji, stara się uporządkować swą zagmatwaną przeszłość. W tle sensacyjnej akcji występują wszystkie ważniejsze postaci życia politycznego PRL i nie tylko.
FRAGMENT:
Ledwo usiadł, krzywo na niego spojrzała. W tych ślepiach tyle oburzenia, świętego gniewu. Jakby zobaczyła, że wieprzek z gnojowiska do salonu wpadł. Rozliczała się z dostawcą. Podpisywała faktury. Zajęta rachunkowością. Podniosła wyfiokowany płomienisty łeb i nieomylnie wyłowiła go z ciżby, choć schronił się w najdalszym kącie. Zasłonił się gazetą i zerkał na nią ukradkiem. Oparła się o kontuar, łapą w pierścieniach przebiera po blacie.
Denerwuje się jego obecnością. Garkotłuk nigdy nie zostanie damą. Zad jak kufer, cycki może sobie na ramiona zarzucić. A niedawno taka była serdeczna, przymilna, do rany przyłóż. Jak ich kiedyś witała! Oni najdawniej tu przychodzili. Jeszcze wtedy była to "Małgorzatka”. Tak ponazywali za komuny knajpy. "Dorotka”. "Poziomka”. "Kubuś”. "Ploteczka”. "Danusia”. Lubili zdrabniać. Im gorsza mordownia, tym bardziej słodka pieszczota w nazwie. Takiego mieli hopla. Przed komuną zwyczajnie, po ludzku były ponazywane. "Pod Karpiem”. "Pod Setką”. "Pod Żółwiem”. "Cichy Kącik”. "U Ślepego Leona”. Też taka była. Już nie pamięta, jak się "Małgorzatka” po ludzku nazywała. Teraz "Las Vegas”, proszę bardzo. Zachciało im się Ameryki. Nerwowo zaszeleścił gazetą, myśli rozproszone, ani czytać, ani nic. Uparcie szydełkowała go ślepiami bazyliszka.
- Proszę wyjść! - wrzaśnie zaraz. - Pan tu nie ma wstępu!
Ruchem zamaszystym psa z izby wygoni. Wieśniaczy atawizm. Taka gruboskórna osoba nie ma żadnych oporów. Burzyła się w nim duma. Przecież nie wysrała go koza na kamieniu. Przez cały PRL szanowali go partyjni i bezpartyjni. Przodków miał zacnych, wiek stosowny, zaznał jeszcze Polski dawnej, przedwojennej. Jego babka, matrona o imieniu Honorata, rzadko obecnie na chrzcie dawanym, prowadziła w carskiej Warszawie pensję dla panienek z dobrych domów.
Pamięć rodzinna przekazywała zasady surowe, niezłomne, którymi w misji pedagogicznej się kierowała. Surowość obyczajów w rodzinnym domu spowodowała zapewne, że sam poluzował znacznie ciasne pęta i niczym pies zerwawszy się z łańcucha, ruszył w odmęty życia. Burzyła się w nim krew szlagona. A jakże ma się nie burzyć! Z łatwością może się wykazać klejnotem szlachectwa, rodowodem od sejmikowych Sarmatów z podgolonymi w garnek łbami. Świętej pamięci ojciec Napoleona, buchalter z firmy ubezpieczeniowej Prudential, plac Warecki, obecnie Powstańców, przechowywał pieczołowicie pożółkłe papiery, starożytne pergaminy, łaciną zapisane, lakową pieczęcią opatrzone; tam czarno na białym wyłożona była przeszłość rodu. Herb efektowny, półkozic w czerwonym polu. W czasach obecnych chamy, co dorobiły się majętności, za herbami chętnie się rozglądają, noszą na grubych, prostackich paluchach sygnety i grawerować sobie każą odpowiednie znaki i symbole. Kopiują bezczelnie z herbarzy. Podróba, imitacja w tylu dziedzinach zapanowała. Napoleon dawno temu sprzedał sygnet po tatusiu, ale w sercu go wiernie przechowuje. W moich żyłach płynie błękitna krew i nikt mi tego nie odbierze, powtarza z upodobaniem. Z błękitem przesadzał jak zwykle, szaraczkowa szlachta, małe folwarczki na mazowieckich piachach, ale czasem miód i piwo chmielowe wychylali z kasztelanami i senatorami, może nawet z hetmanami.
I taki oto garkotłuk, tłumok prowincjonalny, pańszczyźnianego chłopstwa owoc niewątpliwy, staje się panią na włościach i traktuje go jak marnego kundla nie wiadomo skąd. Pamiętał doskonale czas, kiedy ona przybyła na podbój stolicy. Tapir piętrowy na głowie, sukienka z bistoru w kolorach jaskrawych, wulgarnych, pięty niedoszorowane, żółtym rogiem pokryte wystawały z ciasnych pantofli na wysokim obcasie, szerokie stopy uwięzione w ciasnocie szpilek. Poruszała się niezgrabnie, tłukła szkło, wszystko leciało jej z rąk i długo nie mogła się rozeznać w nazwach i rodzajach trunków. Wówczas już w mnogości zapełniały półki różne brandy, koniaki, łyskacze. Także koktajle i drinki stawały się coraz bardziej modne. Trudna to była umiejętność na jej tępy łeb i toporne, krótkie paluchy. Mozolnie uczyła się miejskiego obycia po terminowaniu w zaplutych gospodach GS-u we wschodniej części naszej ojczyzny.
Wspomagał ją Napoleon swą rozległą, wyrafinowaną wiedzą bywalca. Nieraz gorąco mu dziękowała. Niezwykle szybko o tym zapomniała i takiej doczekał się wdzięczności. Przestał być dla niej gościem godnym szacunku. Poczuł się jak ostatni rycerz, co broni się przed wrażą nawałą w ostatniej wieży. Już łapę z kontuaru zdjęła, poprawiła rudą szopę na głowie, nogę do przodu wystawia. Szykowała się do szarży.
Czasem los szczęścia ratuje przed upadkiem. Posłyszał głośny rechot. W progu pierwszej sali pokazał się ten byk, cały w skórach i złotych łańcuchach, troglodyta mocarny. Obcasem go nazywali. Lubił grywać w bilard. Jego specjalność to piramidka. Wróciła moda bilardu, która przez komunizm została doszczętnie wytrzebiona. Najlepsze stoły to były petersburskie. Czy zachował się gdzieś petersburski stół? - Napoleon! - zawołał Obcas i obdarzył go szerokim uśmiechem.
Był wyjątkiem wśród tych nowych bywalców; lubił go słuchać, szczególnie kiedy opowiadał o dawnych grach w kasynach i hazardzistach wielkiego formatu.
Ona, właścicielka, okropnie bała się Obcasa. Cham przed silniejszym chamem zawsze ustępuje, w rewanżu słabszego wdeptać w glebę pragnie. Obcas dwa winiaki zamówił. Sama przyniosła.
Klepnął ją w tyłek i pochwalił:
- Obsługa ekstra, mięsista!
Nawet słowa nie powiedziała. Gładko przełknęła wulgarną pieszczotę prostaka. A jego jakby nie widziała. Starannie omijała wzrokiem. Nie mogła go wygonić. Obcas ją przygwoździł. Ci młodzi spadli na miasto jak barbarzyńcy i tratują. Ona ze zdobywcami musi trzymać. Służka pokorna Obcasów, Ślepaków, Grajcarów i jak tam oni są ponazywani. Obcas był nader serdeczny.
Dopytywał się o jego wiek.
- Tyle już nabiłeś na licznik, ho, ho! Pięknie się trzymasz. - Zamyślił się. - Mój stary miał pięć dych, jak poszedł do piachu. Może i lepiej. Ledwo łaził, całe zdrowie mu wysiadło. A wyglądał na sto! - Poklepał Napoleona łapą jak łopata. - Ty jak mój dziadek, he, he! Z Obcasa niezły chłopak, wali prosto z mostu i ciekawy dawniejszych czasów.
- To bloków w ogóle nie było - dziwi się - kamienice, powiadasz. I dorożki. Taksówek bardzo mało. Żydzi po swojemu szwargotali. Wyścigi gdzie indziej. Dworzec też.
Ale szajba mu potrafi odpalić. Raz znienacka zaszedł ich dwóch, jego i inżyniera Nawrockiego. Chwycił każdego jedną ręką za kołnierz i od stołu podniósł. Stał na rozkraczonych pałąkowatych nogach siłacza, potrząsał nimi jak kukiełkami i wołał:
- Leciutkie te zgredy! Kociaki!
Śmiesznie musieli wyglądać. Dwóch starszych panów, szanowanych w swoim gronie, przebiera niezdarnie nogami. Wisieli na znacznej wysokości, brutalnie oderwani od ziemi, trzymani bez szczególnego wysiłku w żelaznych łapach osiłka.
- Ja sobie stanowczo wypraszam! - Inżynier Nawrocki spurpurowiał, troczki od kalesonów zadyndały mu przy butach.
Buchnął w pierwszej sali śmiech, ogarnął drugą, większą, z bilardem. Ci młodzi tam biesiadowali, trzy stoły zestawione pośrodku, cała bateria flaszek, dziewuchy im siedziały na kolanach. Wstawali, podchodzili i patrzyli. Mieli zabawę jak w cyrku. Ośmieszył starszych panów Obcas przed liczną widownią. Nawet pokazał się pan Robert, szczupły mężczyzna około trzydziestki, w przyciemnionych okularach; nosił luźną, miękką marynarkę z kaszmiru i podkoszulkę ze złotym emblematem jakiegoś słynnego zespołu koszykówki w Stanach. Oni, te młode zwierzaki, mają swoją hierarchię. Pan Robert był najwyższy u nich rangą. Komtur i jego knechty. Pan Robert nazywany jest przez swoich Ślepakiem. Ale nie przez wszystkich. Tylko Obcas i kilku innych może tak się do niego zwracać. Oni stanowią ścisłe kierownictwo, sztab znaczy. Dotąd pamięta Napoleon, jak przebierał nogami, oderwany z nagła od podłoża i trzymany za kark przez Obcasa. Nic go bardziej nie poniża jak śmieszność. W istocie wygląda jak tutejsza odmiana Chaplina. Malutki i drobny, tylko bez wąsika, stopy wielkie i jego popękane, zdeformowane buciory są rozmiaru imponującego.
- Stopy mam jak złodziej podolski - powiada z dumą.
Przystawił swoją nogę do nogi Obcasa i obie stopy były tej samej długości. Obcas, mazowiecki knecht, wyglądał na zaskoczonego. Dziadek sięga mu ledwie do połowy ramienia i osadzony na takim fundamencie! Czymś go naprawdę zadziwił. Bo już nudzić się zaczynał kolejną opowieścią Napoleona o wojnie z bolszewikami, o tym wielkim laniu, które dostali pod Radzyminem.
Napoleon tak się przejął, że już jako ksiądz Skorupka pędził na czele batalionu, zdobyli gniazdo kulomiotu i krasnoarmiejcy podnoszą ręce do góry, wśród nich Chińczycy. Obcas ziewnął raz, drugi i zajął się odczytywaniem esemesów na ekranie komórki. Przerwał i zapytał: - Dlaczego ona ciebie stąd wygania?
Ta chamica akurat wychylała łeb z zaplecza. Nie mogła ścierpieć obecności przybłędy w swoim markowym lokalu.
- Między nami istnieje przepaść mentalna nie do przebycia - odparł Napoleon.
Uznał w samą porę, że jego czas w "Las Vegas” już się kończy, i pożegnał Obcasa. Opuścił to wraże miejsce, które niegdyś było jego najbezpieczniejszym przytuliskiem. Nałożył na łysą głowę czarny wytarty melonik; naprawdę brak mu tylko wąsika, który ozdabiał oblicze genialnego komika.
Napoleonem został nazwany w dawniejszych czasach, kiedy odnosił nieprzerwane pasmo sukcesów. Niegdyś po rocznym pobycie w Mielęcinie od razu za bramą oświadczył witającym go kompanom: Opuściłem Elbę i rozpoczynamy nową batalię!
Wtedy można było mu wierzyć. Marengo, Wagram, Austerlitz. Tak nazywał swoje kolejne sukcesy. Przyjaciele, choć pozwalali sobie na żarciki, przyjmowali konwencję i nawet tę panią Żabową, niewiastę jak piec, trzykrotną wdowę, rotmistrzową, prezesową i co tam jeszcze, którą przyhołubił sobie na boku, żonaty od wielu lat, doczekał się wnucząt, no i zachciało mu się kochanicy, traktowali jako panią Walewską, romantyczną miłość cesarza Francuzów. Niektórzy przeto zapytywali go z powagą, podszytą niezłośliwą kpiną: Ciekawe, czy dasz radę zmajstrować Napoleonka, małe Orlątko?
Prężył się próżny samiec, choć właściwie ginął w bujnej obfitości pani Żabowej; łysa główka wtulona w jej biust. Pani Żabowa wyglądała jak istna Horpyna. Tyle lat upłynęło od tamtej pory. Czasy były nędzne, ale duch Napoleona zawsze unosił się wysoko. Kto dzisiaj wie cokolwiek o pani Walewskiej vel Horpynie? Napoleon, dokonując bilansu długiej swej podróży w czasie, wierzy jednak niezachwianie, że nie dotknęło go dotąd żadne Waterloo, ani nie myśli o żadnej Świętej Helenie. Pozostał niepoprawnym optymistą.
- Mam siedem dych z hakiem - wcale nie ukrywa swego wieku - ale jak dotąd ten zdradziecki szkop, Alzheimer, nie ma do mnie żadnego dostępu.

Książka "Stygmatycy" - Marek Nowakowski - oprawa twarda - Wydawnictwo Prószyński.