pokaz koszyk
rozwiń menu
tylko:  
Tytuł książki:

Kult

Autor książki:

Lubko Deresz

Grzyby - jadalne, trujące - zbieranie grzybów
Dane szczegółowe:
Wydawca: Prószyński
Oprawa: miękka
Ilość stron: 200 s.
Wymiar: 142x202 mm
EAN: 9788374690089
ISBN: 83-7469-008-9
Data: 2006-05-18
Cena wydawcy: 19.90 złpozycja niedostępna

Opis książki:

Debiutancka powieść młodego autora szybko zdobyła rozgłos wśród czytelników, a w niektórych kręgach, jakby uzasadniając swój tytuł, zyskała miano kultowej. Rozmigotana tkanka fabuły rozpięta jest między wymiarem rzeczywistym a fantastycznym. Na poziomie rzeczywistości jej młody bohater, Jurko Banzaj, przyjeżdża do tajemniczego, zagubionego wśród gór miasteczka, by w ramach praktyk studenckich uczyć biologii w szkole średniej, której grono pedagogiczne składa się z samych dziwaków. Zakochuje się w swojej uczennicy Darci Borges i zaprzyjaźnia z dwoma uczniami outsiderami. Wystawiają razem performance, dający wyraz niechęci do homogenizacji kultury, palą haszysz, czytają dobre książki, słuchają starego rocka i alternatywnej muzyki i dają odpór zrusyfikowanym hopnikom - czcicielom muzyki pop i dresów. Jurka łączy z Darcią nie tylko niewinne uczucie, lecz również "świadome śnienia”, które przenoszą bohaterów w inny wymiar, rządzony przez Wielkich Pradawnych. Wygnani na odległe planety bogowie zamierzają wtargnąć w rzeczywistość bohaterów, gdzie chcą stoczyć decydującą bitwę z siłami dobra. Fantastyczna warstwa powieści jest inspirowana twórczością Howarda Phillipsa Lovecrafta i Carlosa Castanedy. Wielkimi zaletami powieści, poza wartką akcją, są bogactwo stylistyczne, absurdalne poczucie humoru i nieujarzmiona wyobraźnia autora, który błyskotliwie balansuje pomiędzy liryzmem, groteską a grozą.
Deresz to głos młodego pokolenia odrodzonej Ukrainy. Pokolenia, które pod pomarańczowym sztandarem opowiedziało się za wolnością i prawdą.
A przy tym piekielnie błyskotliwe pióro.
Rafał Grupiński
FRAGMENT:
Rozdział 5
1.
W dniu, w którym Banzaj spacerował z Darcią, było słonecznie i strasznie zimno jak na październik. Wszyscy doszli do wniosku, że to ostatni pogodny dzień jesieni. Wtedy też zaczęli wyłączać światło - we wszystkich dzielnicach, oprócz szpitala i policji, od szóstej do dziewiątej wieczorem.
Na trzeciej przerwie w korytarzu złapała go ona. Kiedy Banzaj zorientował się, kto go woła, temperatura jego ciała gwałtownie wzrosła. Darcia Borges. W wytartych dżinsowych ogrodniczkach i białym T-shircie. Z niewiadomych przyczyn widział ją dziwnie wyraźnie, jakby najadł się świętych grzybów, widział ją zlepioną z najdrobniejszych szczegółów. Przywitała się i spytała, czy Jurko nie wyjaśniłby jej czegoś z cyklu Calvina, może opowiedziałby trochę dokładniej. Jasne! Świetnie! Nie ma sprawy, po szóstej lekcji, jak tylko zjesz. Pa-pa! Kiedy stali, rozmawiając, obok nich niczym okręt wojenny "Wielka Missouri” przepłynął psycha-chalog Dima. Niezauważalnie mrugnął do Banzaja i wydał z siebie maleńkie "cha-cha-cha!” za ich plecami. Zupełnie wbrew woli Banzaj zaczerwienił się.
Krótko mówiąc, Darcia pomachała mu i sobie poszła, a Jurko, zdziwiony i poruszony, wszedł do swojego gabinetu.
2.
Po szóstej lekcji wszyscy normalni ludzie szli do stołówki. Banzaj usiadł przy stole z brzegu i zaczął jeść, a raczej rachitycznie chłeptać cienką zupkę. Kiedy oderwał wzrok od łyżki, zauważył, że na jego stoliku stawia talerz i chleb Irynka Ryba-Słońce. "Ja cie.” - pomyślał Jurko. A miał nadzieję, że już się od niego odczepiła.
- Priwjet! - powiedziała, napychając sobie usta kaszą gryczaną.
- Prywit - odpowiedział Banzaj. Najbardziej nienawidził w dziewczętach, jak mówiły. zresztą nie będzie się powtarzać. Problemy ze śnieniem nie mijały, jak tego oczekiwał, a wręcz nasilały się. Darcia niwelowała niewesołe myśli, ba, umiała go nawet pocieszyć i nastroić pozytywnie, natomiast przez Rybę-Słońce szalki zaraz się zrównoważą.
Irynka najwyraźniej pragnęła nawiązać kontakt.
- Jura, a masz jakieś rodzeństwo?
- Ta, siostra Morfina to moja rodzina - powiedział pierwsze, co mu przyszło na myśl.
Ryba z niedowierzaniem zmarszczyła czoło.
"Ciężki wypadek, panie doktorze. Może. amputujemy? Co? Maleńka amputacyjka przed ucztą jeszcze nikomu nie zaszkodziła, tak na apetyt. Amputacja jeszcze nikomu nic złego nie zrobiła, doprawdy, amputujmy! No ba-a-a-a-rdzo proszę!”.
Ale Banzaj ulitował się, westchnął ciężko (oznajmiając jednocześnie wewnętrznemu sadyście, że amputacja nie jest dzisiaj możliwa z przyczyn technicznych) i zapytał w odpowiedzi:
- A czym się interesujesz?
- No-o-o-o. - Irynka złożyła usteczka w dzióbek. - Wszystkim się interesuję, a ty? - Aha. A jakiej muzyki słuchasz? - zapytał znowu, nie do końca nieuprzejmie.
- No-o-o-o. "Otpietyje moszenniki”. może słyszałeś "Zapriesczionnyje barabanszczyki”? A tak to Iryna Biłyk, "Ruki wwierch”, no i takie, a ty?
Banzaj w myślach dramatycznie klasnął w dłonie: wykapana Sola! - No-o-o-o. - zawył, naśladując jej intonację i zachowując wyraz twarzy błogosławionego mieszkańca szpitala psychiatrycznego. - Dla duszy "King Crimson”, Petera Hammilla, a tak, to takie tam siostry Bajko, "Łomi-łom”, "Ruki wwierch”. te no. "Zapriesczionnyje barabanszczyki”, no rozumiesz.
Ryba nie odczuwając żadnej dysharmonii między wymienionymi nazwami, zapytała:
- A to jaka muzyka? Ciężka, co nie? Lubisz ciężką muzykę? Bo wyglądasz jakbyś lubił ciężką muzykę.
- Ciężka muzyka??? - Banzaj udał, że nie rozumie, o co chodzi. - No nie, gdzie tam! "Łomi-łom” to nie jest ciężka muzyka!
Długo jeszcze sprzeczaliby się, co znaczy "ciężkie”, a co po prostu "dla duszy”. Banzaj poczuł się jak Marco Polo, opowiadający wielkouchym tubylcom o dziwnych morskich stworach, trzech wielorybach, które naprawdę widział, o prześlicznych syrenkach itd., obciążając ich łatwowierne uszy wszelkiego rodzaju makaronami: "muszelkami”, "wstążkami”, "spaghetti” i zwykłymi kluskami pierwszej klasy "extra”. Ich dyskusja, a raczej spowiedź Marca Polo trwałaby jeszcze Bóg wie jak długo, bo wszystko to, pomimo swojej bezsensowności, upewniało Rybę-Słońce w przekonaniu, że najwyraźniej przypadła studentowi do gustu.
Dlatego Banzaj zdecydował się na użycie cięższego argumentu niż upodobania muzyczne.
- Słuchaj, Ira, a topiłaś kiedyś szczeniaki? Maleńkie, jeszcze ślepe, takie nieporadne?
Ira z obrzydzeniem ściągnęła usteczka.
- Nie, a co?
- Pomyślałem sobie, że zapytam, bo może wreszcie trafię na kogoś, kto się ze mną zgadza. Wiesz, kiedy byłem mały, mieszkałem w Stanisławowie. Babcia miała psa, Dinkę, bardzo sympatyczną suczkę. Dwa razy w roku Dinka się szczeniła. Ale sama rozumiesz, wychowanie psa to cały majątek - to znaczy, niemal. A szczeniaków za każdym razem było osiem, dziewięć, bywało i piętnaście. Takie malutkie, śliczniutkie, z takimi uszkami, no nic, tylko je pieścić i brać na ręce!
Ira oczarowana słuchała jego prawdziwej historii.
- No i wtedy babcia zamykała Dinkę w budzie, wołała mnie do siebie i mówiła, żebym wszystkie utopił. Dawała mi za to cukierka. I wiesz co? Topiłem! Za każdym razem! Dwa razy w roku! Jak wasze egzaminy w koledżu! Zimą i latem. A wiesz jak? Bierzesz stare wiadro, nalewasz wody, ale tylko do połowy, żeby się potem nie wylewało. i bierzesz jeszcze jedno wiadro. I bierzesz pieski. Wrzucasz je do wody, one w tym wieku jeszcze nie szczekają, raczej miauczą. I przyciskasz z góry drugim wiadrem. I orientujesz się od razu - nabrałeś za dużo wody, czy w sam raz. a potem zaczynają puszczać nosem bańki. pod wodą. Jakbyś zobaczyła tę komedię, cały dzień byś się śmiała. Ale ubaw! - Banzaj ekstatycznie wzniósł oczy, całym sobą okazując, jaka to była frajda.
Jego różowe wspomnienia z dzieciństwa, z tych słodkich lat na długo przed osiągnięciem dojrzałości płciowej i wysypem wulgarnych młodzieńczych pryszczy, mogłyby trwać całe wieki, gdyby koło Banzaja nie usiadła Darcia. W dłoniach trzymała dwa kubki z kompotem - dla siebie i dla Jurka. Uśmiechnął się do niej ciepło, dziękując za napój. Ryba-Słońce zobaczyła ten uśmiech i cicho zgrzytnęła zębami.
Darcia usiadła bardzo blisko, można powiedzieć szczelnie, tak że czuł ciepło jej ręki.
- Darcia! Spadaj! Ktoś ci pozwolił się dałanczać? Po coś się tu przywlekła?! - zaszczekała przez zęby Irynka. Jej wymalowane na purpurowo usta krzywiły się ze złości. Błyszczały na nich kropelki tłuszczu (z mięsnego sosu z kaszy gryczanej). Darcia nic nie powiedziała, ale nie ruszyła się z miejsca. Podniosła do ust kubek, zasłaniając nim całą twarz, oprócz oczu, i trzymając go w obydwu dłoniach, jak dziecko. Zaczęła głośno siorbać kompot. Nie spuszczała wzroku z Irynki.
- Ogłuchłaś czy co?! - Ryba-Słońce wkurzała się coraz bardziej, że Darcia (tak-tak, Darcia!) ośmieliła się nie posłuchać. Nagle Irynka zrozumiała, że przygważdża ją nie tylko spojrzenie dziewczyny. Banzaj odłożył łyżkę na bok i siedział, podpierając brodę pięściami, żeby ukryć uśmiech. Obserwował ją uważnie, jak prehistoryczny gatunek latimerii, wyłowiony w stawie koło domu dziadka.
- Pojebańcy! - wycedziła.
Ryba-Słońce cisnęła łyżką (nikt nie jadał tu widelcami, bo widelców nie było), hałaśliwie wstała, prostując się na całą swą wysokość walkirii, i zaniosła talerz do okienka z brudnymi naczyniami.
Jurko w milczeniu skończył zupę, Darcia głośno dosiorbała kompot. Zza kubka widać było uśmiech.
3.
Na dworze było już naprawdę zimno jak na październik. Chodniki suche i białe od zamarzniętej wilgoci. Kałuże ściągnięte mrozem. Liście zastygły w kruche, skrzypiące pod nogami płaty. Banzaj marzł, bo włożył tylko luźną zieloną bluzę i lekką zieloną wiatrówkę. Było mu też zimno w uszy i palce u nóg, miał cienkie skarpetki, a czapki nie nosił z założenia; chociaż liczył sobie dwadzieścia dwa lata, nadal uważał, że prawdziwi mężczyźni czapek nie noszą (w szafie miał jedną, ale bardzo się jej wstydził).
Darcia, również bez czapki, ale za to w szaliku i w rękawiczkach, najpierw złapała go za rękę, chuchając na pobladłą skórę (z jej ust wylatywały kłęby mlecznej pary), a zauważywszy, że Jurko nadal mimowolnie szczęka zębami, weszła mu pod rękę, tak żeby objął ją ramieniem. Dziewczyna była o głowę niższa, a z gór dął lodowaty wicher, więc Banzaj specjalnie nie protestował. A głęboko w środku nawet się z tego cieszył.
Chociaż szczerze mówiąc, uważał się za pedofila. Wydawało mu się, że ci nieliczni przechodnie, których spotykali, odwracali się z niedowierzaniem i patrzyli w ślad za młodym mężczyzną, który szedł ulicą, obejmując jakąś niepełnoletnią dziewczynę, "małolatę”, jak mawiają w Kijowie. Kolejny pedofil, myśleli pewnie, wzruszając ramionami, następna inkarnacja Mykołky-różowej-koszulki, znanego pedofila, któremu w 1973 roku udało się rozdziewiczyć 59 dzieci w wieku od pięciu do dziewięciu lat, w tym 34 chłopców. Podobno złapano go na próbie gwałtu sześćdziesiątej, jubileuszowej ofiary.
Myślał jeszcze o lekcji, jaką dała mu Sołomija. O tym, że nie warto zanadto przywiązywać się do ludzi, a zwłaszcza do "małolat”, jak mawiają w Kijowie. Przypominał sobie również różne ciekawe fakty z życia własnej rodziny: myślał o babci, która wyszła za dziadka w wieku 19 lat, kiedy dziadek miał już 27, o rodzinie swojego kumpla Deszcza: starszą siostrę jego mama urodziła, mając lat 17. A za mąż wyszła, mając lat 16. Tata Deszcza miał wtedy 26 lat. Nie wiedzieć czemu, do głowy przychodziły mu również myśli o tych, którzy zaliczyli wpadkę, i nie mieli pieniędzy na aborcję. Jak na przykład jego znajomy, który odszedł z uniwersytetu po sesji zimowej. Sami wiecie czemu.
Od całej tej matni w głowie odżegnał się jednym ruchem ręki, odpychając ciało dziewczyny. Darcia szła obok, wydychając siwą parę przez nos.
Po obiedzie usiedli w jego komórce. Banzaj tłumaczył niuanse ciemnej fazy fotosyntezy. Rysował obrazki i schematy, na które patrzyła, mówił, słuchała. Kiedy doprowadził swoją wypowiedź do logicznego zakończenia, bogato inkrustując ją cytatami z "Biochemii” Alberta i "Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego, Darcia zamiast podziękować i iść do akademika, spytała, czy nie chciałby się z nią przejść. A więc, panie i panowie. Darcia była interesującą dziewczyną. Nie dawała się łatwo zaszufladkować, w odróżnieniu od albumów "Metalliki”, i to go bardzo cieszyło.
Zapytała, czy Banzaj chce, żeby pokazać mu jedno fajowe miejsce. Banzajowi było już wszystko jedno (palce u nóg miał skostniałe), dlatego się zgodził.
Przeszli przez całe miasto (powierzchnia jeziora przy brzegu była usłana żółtymi zwiędłymi liśćmi, w lustrzanej tafli odbijało się chłodne niebo), wyszli na zamarzniętą drogę koło góry i ruszyli w kierunku koledżu. Za miastem spotkali jedynie grubą dziewuchę, utuczoną na ziemniakach. Wyprowadzała na spacer psa bardzo rzadkiej i ekscentrycznej rasy joecocksucker-spaniel.
Darcia Borges opowiadała o sobie, o debilnych rówieśnikach z Nowojaworiwska, o swojej miłości do Hendriksa, Joplin i Morrisona, o wielu ciekawych i po prostu zwykłych rzeczach ze swojego życia. Zawrócili, ruszyli w górę i znaleźli się na wysokości koledżu, szli dalej ścieżką wyrąbaną na skraju lasu. Nad nimi widniały sosny z zielonymi gałęziami i czerwonymi pniami, w dole szemrał strumień. Potem wrócili na niewielką ścieżkę, minęli wysokie mrowisko i zagłębili się w las. Za kolejną sosną było kilka krzaków bylicy rocznej, paproć (nieco już zwiędnięta, wyglądała na martwą) oraz zwalony pień. Korony drzew szczelnie zamykały przestrzeń.
- Przychodzę tu, kiedy jest ze mną naprawdę źle. Przez nie. - Darcia niedokładnie pokazała głową w kierunku miasta.
- Przez te wszystkie diewoczki? - Banzaj rozejrzał się i usiadł na zwalonym drzewie. Darcia przytuliła się, żeby Jurkowi zrobiło się cieplej. Patrzyła w las. W odpowiedzi ze smutkiem pokiwała głową. Apatycznie opisywała różne przykre wypadki, związane z życiem w akademiku. Dwa razy, zupełnie na poważnie prosiła kuratora, aby pozwolił się jej przenieść do części zajmowanej przez chłopców. Chłopaki przynajmniej ją szanowały. Ale oczywiście wszystkie błagania pozostały bez odpowiedzi. A kierowniczka ograniczyła się do pouczającej rozmowy na godzinie wychowawczej. Tak jakby godzina wychowawcza komuś kiedykolwiek pomogła.
Dlatego Darcia mogła jedynie wszystko ignorować.
Banzaj z uwagą wypatrywał na jej twarzy zwiastuna łez, ale nic podobnego nie znalazł. Dziwne. Chyba pierwszy raz zdarzyło mu się, że ktoś opowiadał coś takiego nie po to, żeby pochwalić się swoją drewnianą nogą (jak by to powiedział wujek Freud). Nie opowiadała po to, żeby ktoś jej współczuł.
Może czuła, że Banzaj jest człowiekiem, który jej nie wyśmieje?
4.
Darcia weszła mu pod rękę jeszcze głębiej. Wydychał ciepłe powietrze na jej policzek i ucho.
Chwilę później bardzo ostrożnie powiedział, że lepiej się zbierać, bo dupa mu już przymarza do kory. Zeszli na dół (zapach igliwia na zimnie, mglista wilgoć, która zamieni się w nocy w szron, szum potoku - świadomość lasu?) aż do słupka w paski z namalowanymi skrzyżowanymi liśćmi dębu. Darcia poprosiła, żeby Banzaj pokazał jej jeszcze, gdzie mieszka. Z natarczywością dziewczynki starszoklasistki, pomyślał Jurko. I jeszcze przyszło mu na myśl, że nauczy się mówić dziewczynom "nie”, dopiero jak skończy siedemdziesiąt dziewięć lat.
Uprzedził, że nie odprowadzi jej już do koledżu, i powiódł ją na wąską uliczkę Łysenka z zamkniętą szkołą muzyczną na końcu. Zdradził nawet, jakie ma mieszkanie, i zaprosił na herbatę, ale Darcia odmówiła, bo w akademiku lada moment będzie kolacja i dlatego nie wpadnie. Pa-pa, dodała i pomachała ręką na pożegnanie.
Zawsze żegnała się w ten sposób.

Książka "Kult" - Lubko Deresz - oprawa miękka - Wydawnictwo Prószyński.