pokaz koszyk
rozwiń menu
tylko: autor tytuł  24h
Wzgórze Złej Rady - okładka książki
Wzgórze Złej Rady pozycja dostępna
Złoty notes - okładka książki
Złoty notes pozycja dostępna
Mariamne (CD) - pudełko audiobooku
Mariamne (CD) pozycja dostępna
Księgarnia »
Książki »
»
Opowieści starego Kairu
książka:

Opowieści starego Kairu

Dane szczegółowe:
Wydawca: PIW
Rok wyd.: 2005
Oprawa: miękka
Ilość stron: 504 s.
Wymiar: 135x205 mm
EAN: 9788306029567
ISBN: 83-06-02956-9
Data: 2006-11-13
Cena wydawcy: 49.00 złpozycja niedostępna

Opowieści starego Kairu - Nadżib Mahfuz - opis książki:

Nadżib Mahfuz jest wybitnym prozaikiem arabskim, laureatem literackiej nagrody Nobla w 1988 roku. Jednym z jego najsłynniejszych dzieł jest trylogia Opowieści starego Kairu, której akcja obejmuje lata 1917-1944. Wtedy Egipt walczył z okupacją angielską, a w tradycyjnym społeczeństwie arabskim zachodziły rewolucyjne przemiany. Upadały uznawane przez wieki normy społeczne, następowała stopniowa emancypacja kobiet, coraz głębsze przenikanie do Egiptu zachodniej kultury, nauki i prądów filozoficznych. Pierwszy tom trylogii, który tu przedstawiamy obejmuje lata 1917-1918 i stanowi zamkniętą całość. Ukazuje on życie tradycyjnej rodziny kairskiej należącej do warstwy średniej burżuazji w przełomowym dla Egiptu okresie walki o niepodległość. Mamy tu dokładnie opisany zwykły dzień rodziny, święta, zwyczaje, rozrywki, stroje, przedmioty użytku codziennego, potrawy, mentalność bohaterów. Powieść zawiera materiał o ogromnej wartości poznawczej i oddaje w sposób niepowtarzalny nastrój Kairu, urok i lokalny koloryt starych uliczek, zaułków, bazarów...
fragment
2
Mężczyzna szedł w jej kierunku.
- Dobry wieczór, Amino - wymamrotał pod nosem.
- Dobry wieczór, panie mój - odpowiedziała cicho głosem usłużnym i pokornym.
Szła przed nim z lampą. Po kilku sekundach znaleźli się w pokoju. Postawiła lampę na stoliku, a As-Sajjid powiesił laskę na siatce wysokiego loża, zdjął tarbusz i położył go na poduszce, na środku kanapy. Kobieta podeszła do niego, że by go rozebrać. Był mężczyzną wysokim, barczystym, tęgim, z potężnym brzuchem, który opinała elegancka i wygodna dżubba i kuftan świadczące o dobrym smaku, dostatku, a nawet luksusie. Czarne włosy w nadzwyczajnym porządku uło żone po obu stronach przedziałka, pierścień z ogromnym brylantem i złoty zegarek były tego potwierdzeniem. Twarz miał pociągłą, skórę jędrną, elastyczną, rysy wyraźne, zdecy dowane. Była to piękna twarz, mówiąca o silnej osobowości. Oczy miał duże, niebieskie, wielki, dumnie sterczący nos współgrający wielkością z resztą twarzy, duże usta o pełnych wargach, wspaniałe, gęste wąsy z końcami zawiniętymi dokładnie tyle, ile trzeba. Kiedy podeszła do niego, wyciągnął ręce, a ona ściągnęła z niego dżubbę, złożyła ją starannie i położyła na kanapie, potem odpięła pas od kuftana, dokład nie zwinęła i położyła na dżubbę. Tymczasem As-Sajjid włożył gallabijję, a następnie białą takijję. Kroczył dumnie po pokoju, ziewając, po czym usiadł na kanapie z wyciągnię tymi nogami, oparłszy głowę o ścianę. Kobieta skończyła układać ubranie, usiadła koło jego nóg i zaczęła mu ściągać buty i skarpetki. Na prawej stopie pokazała się jedyna wada w tym potężnym, pięknym ciele, brak małego palca, następ stwo wycinania brzytwą zastarzałego odcisku.
Amina wyszła na kilka minut z pokoju i wróciła z miedni cą i dzbankiem. Miednicę postawiła u stóp mężczyzny, a sa ma, w pełnej gotowości, stanęła obok z dzbankiem; As-Sajjid, nie wstając, wyprostował się, wyciągnął ręce, a ona polała na nie wodę. W ten sposób umył ręce i twarz, przetarł mokrymi rękami włosy i długo płukał usta, potem wziął ręcznik i wy cierał nim twarz, włosy i ręce, Amina zaś zabrała miednicę i wyniosła ją do łazienki. Była to jej ostatnia usługa w ciągu dnia w tym wielkim domu, obowiązek, który wykonywała już od ćwierć wieku zawsze z ochotą, nawet z entuzjazmem i radością, nigdy zmęczona czy zniechęcona. Zresztą z takim samym entuzjazmem przystępowała do innych domowych obowiązków, krzątała się od wschodu do zachodu słońca i z tego też powodu sąsiadki nadały jej imię Pszczółka.
Wróciła do pokoju, zamknęła drzwi, wyciągnęła spod łóż ka małą matę, położyła ją przed kanapą i usiadła na niej po turecku, jako że nie wypadało jej usiąść obok męża. Minął ja kiś czas, a ona siedziała, milcząc. Nigdy nie zaczynała mó wić, dopóki jej nie zachęcił; As-Sajjid opadł plecami na opar cie kanapy, zmęczony po długiej wieczornej hulance. Powieki mu ciążyły, kąciki oczu były zaczerwienione z przepicia, dyszał ciężko pijanym oddechem. Pił wino co wieczór, często w nadmiernej ilości, aż do upicia się, przywykł do tego, jed nak nigdy nie zdecydował się wrócić do domu, dopóki nie osłabło działanie alkoholu i nie wróciło panowanie nad sobą, dbał bowiem o swój autorytet i wygląd w oczach domowni ków. Żona była jedyną osobą w całym domu, która spotyka ła go zaraz po libacji, ale ze wszystkich jej śladów czuła tylko zapach, a zachowania męża nie uważała za dziwne ani podejrzane. Zresztą, jeżeli tak było na początku małżeństwa, to już dawno o tym zapomniała. Co więcej, zauważyła korzyści płynące z towarzyszenia mu o tej porze, kiedy wykazywał chęć rozmowy z nią; bywało nawet, że się rozgadywał, co rzadko osiągała w chwilach jego pełnej trzeźwości. Pamięta swoje przerażenie tego dnia, kiedy zrozumiała, że wraca z hulanki pijany. Wino wywoływało w jej duszy najgorsze skojarzenia, wszystko, co wiąże się z zezwierzęceniem, brutalnością i szaleństwem, a co najgorsze, pogwałceniem zasad wiary. Otrząsała się ze wstrętem, opanowywał ją strach i przed każdym jego powrotem cierpiała tak, jak nie cierpiała nigdy przedtem. Ale mijały dni i noce i przekonała się, że jej mąż po powrocie z hulanki jest dużo sympatyczniejszy niż w jakimkolwiek innym momencie, nie taki surowy i czuj ny, lecz pogodny i rozgadany, więc uspokoiła się i oswoiła z tym, choć nie zapominała modlić się do Boga, żeby mu przebaczył grzechy. A ileż to razy pragnęła, żeby odnosił się do niej i dzieci z taką, choćby względną, łagodnością, kiedy był trzeźwy i kontrolował się, i nie mogła się nadziwić, że to właśnie grzech czyni go łagodnym i delikatnym. Była rozdar ta między odziedziczoną nienawiścią religijną do tego grzechu a korzyściami, jakie z niego czerpała: spokojem i rado ścią. Myśli te pogrzebała głęboko w sercu, ukrywała je jak ktoś, kto nie może przyznać się do nich nawet przed samym sobą.
As-Sajjid natomiast dbał przede wszystkim o swoją powa gę i surowość, a łagodniał tylko czasami, niechcący, bo kiedy tak siedział z Aminą, wspominał wesołą hulankę i wtedy czę sto uśmiechał się błogo. Szybko jednak przywoływał się do porządku, zamykał usta i ukradkiem spoglądał na żonę, czy tego nie zauważyła, ale znajdował ją, jak zwykle w jego obec ności, siedzącą ze spuszczonymi pokornie oczyma, uspokajał się więc i wracał do wspomnień. Hulanka bowiem nie koń czyła się wraz z powrotem do domu, ale kontynuowała żywot w jego wspomnieniach i w jego sercu, które nieopisana siła namiętności ciągnęła do uciech życia. Ciągle miał przed oczyma dobrane towarzystwo przyjaciół, a wśród nich piękności jak księżyc w pełni, pojawiające się od czasu do czasu na niebie jego życia. W uszach dźwięczały mu żarty, anegdoty i miłe słowa, którymi go obdarowywano szczodrze jak per łami, podczas gdy jemu upojenie alkoholem dawało się już porządnie we znaki. Zwłaszcza pikantne kawały rozpamięty wał ze szczegółami, bo napawały go dumą. Pamiętał, że to one najbardziej podobały się słuchaczom i przynosiły mu towarzyski sukces, czyniąc ulubionym i mile widzianym kom panem. Często miał wrażenie, że rola, jaką odgrywa w liba cjach, jest jakby osiągnięciem upragnionego celu życia, i że całe jego życie codzienne, praca są jedynie koniecznością, którą znosi tylko dla tych godzin wieczornych wypełnionych piciem, śmiechem, śpiewem i miłością, wśród przyjaciół. Brzmiały w nim cały czas słodkie, miłe dla ucha melodie, te, które śpiewał, szczęśliwy, na biesiadach, z którymi wychodził z domu i z którymi wracał. Serce śpiewało w nim z zachwytu: "Och!... Bóg jest wielki.” Kochał te pieśni tak jak picie, śmiech, towarzystwo i kobiety.
Nie potrafił opuścić żadnego przyjęcia, nie odmawiał pój ścia nawet do oddalonego mieszkania, gdzieś na krańcach Kairu, żeby posłuchać Al-Hammuliego, Usmana czy Al-Ma-nialawiego. Zawsze był tam, gdzie występowali znani śpiewacy. Piosenki znajdowały schronienie w jego pojemnej du szy, tak jak słowiki znajdują schronienie na drzewie o gę stym listowiu. Z czasem osiągnął taką znajomość stylów śpiewania i samych pieśni, że stał się niezaprzeczalnym autorytetem. Umiał słuchać i umiał śpiewać, kochał śpiew duszą i ciałem. Duszę przepełniała radość, ciało tańczyło, po ruszały się ręce i głowa, zmysły szalały. Na zawsze zapadły mu w pamięci fragmenty niektórych niezapomnianych pio senek, takich jak Dlaczego mnie kusisz, a potem uciekasz lub Ju tro wszystkiego się dowiemy, a pojutrze będziesz moja czy też Słuchaj mnie i przyjdź, wołam cię. Wystarczyło, żeby ze strzępka mi wspomnień przypłynęła jedna z tych piosenek, by wpadał w upojenie, poruszał rytmicznie głową, strzelał palcami, a twarz rozjaśniał mu uśmiech radości i rozkoszy; śpiewał, nucił, nawet kiedy był sam. Ale nie sam śpiew upajał go naj bardziej. Zachwycał się nim jak kwiatem w oknie, witał go z rozkoszą, ale najchętniej wśród przyjaciół, przy starym wi nie, słuchając pikantnych kawałów. Bo kiedy słuchał sam, na przykład w domach, w których był patefon, to, bez wąt pienia, było to piękne, ale brakowało mu atmosfery, towarzy stwa, akcesoriów. O, daleki był wtedy od zaspokojenia prag nień duszy. Dla niego ważne było, żeby między jedną pieśnią a drugą usłyszał jakąś anegdotę, od której towarzystwo wiłoby się ze śmiechu, a następną poprzedziłoby wypicie pełnego kielicha; żeby widział upojenie na twarzy przyjaciela i w oku ukochanej i żeby potem, razem, w zapamiętaniu zabawą, krzyczeli i wychwalali Allaha. Nocne hulanki nie pozosta wiały swojego śladu wyłącznie we wspomnieniach. Do ich dobrych, osobliwych stron należało to, że zmieniały sposób zachowania się As-Sajjida na taki, do jakiego tęskniła jego posłuszna, poddana mu żona. Kiedy wracał z libacji, był innym człowiekiem; miły, rozmawiał z nią, zwierzał się z tego, co ma na sercu, tak że czuła, choćby niekiedy tylko, że nie jest niewolnicą, ale także towarzyszką jego życia.
I tym razem zaczął rozmawiać z nią o sprawach domo wych, zwierzył się, że poradził kilku znajomym kupcom, by zrobili większe zapasy tłuszczu, pszenicy i sera, narzekał na rosnące ceny i znikanie z rynku koniecznych produktów z powodu tej wojny, która już od trzech lat skłóci ła świat. I, jak zwykle, za każdym razem kiedy wspominał wojnę, zaczynał przeklinać żołnierzy australijskich, któ rzy jak szarańcza porozłazili się po mieście i sieją rozpustę. Miał co prawda szczególny powód, żeby znienawidzić Australijczyków, bo zmusili go do zrezygnowania z odwiedzin w miejscach zabaw w dzielnicy Al-Azbakijja. Bywał tam je dynie ukradkiem, kiedy mu się udało, bo przecież sam nie był w stanie przeciwstawić się żołdakom, którzy jawnie gra bili mienie ludzi i zabawiali się okazywaniem im swojej wrogości i bezgranicznej pogardy.
Potem zaczął pytać o "chłopców”, jak ich nazywał, nie robiąc różnicy między najstarszym z nich, pracującym jako se kretarz w szkole An-Nahhasina, a najmłodszym - uczniem szkoły Chalila Agi. Ale o tego najmłodszego spytał tonem znaczącym:
- A jak tam Kamal? Tylko uważaj, nie ukrywaj jego sza tańskich pomysłów.
Kobiecie stanął przed oczami mały synek, którego rze czywiście chroniła, nie widząc żadnego niebezpieczeństwa w jego niewinnych zabawach, chociaż As-Sajjid nie uzna wał żadnej zabawy ani rozrywki za niewinną; odpowiedzia ła więc pokornie:
- Stosuje się do rozkazów swojego ojca.
As-Sajjid umilkł na chwilę i błądził myślami, wracając znowu do szczęśliwych godzin nocnej biesiady, a potem wskazówka jego pamięci cofnęła się do poprzedzających ją wydarzeń dnia. I nagle przypomniał sobie, że był to dzień obfitujący w zdarzenia, a że znajdował się w takim stanie, że nie mógł ukryć niczego, co pływało na powierzchni jego świa domości, więc zaczął mówić jakby do siebie:
- Jakiż to szlachetny człowiek, ten książę Kamal ad-Din Husajn. Wiesz, co zrobił? Odmówił przyjęcia tronu po zmar łym ojcu, dopóki kraj jest pod władzą Anglików.
Kobieta słyszała co prawda, że wczoraj zmarł sułtan Hu sajn Kamil, ale imię jego syna usłyszała po raz pierwszy i nie wiedziała, co odpowiedzieć. Jednak z szacunku dla męża i chcąc komentować każde jego słowo tak, żeby mu się to po dobało, odparła:
- Niech Bóg zlituje się nad sułtanem i hojnie obdarzy je go syna.
- Tron objął książę Fu`ad - ciągnął As-Sajjid - czy też ra czej sułtan Fu’ad, jak będzie się do niego mówiło od dzisiaj. Uroczystość przejęcia przez niego władzy odbyła się dziś i Fu’ad przeniósł się wraz ze swoją świtą z pałacu ogrodowe go do pałacu Abidin. Niech mu zawsze będzie chwała.
Amina słuchała z zainteresowaniem i radością. Zaintere sowanie wywoływała w niej każda wiadomość przychodząca ze świata zewnętrznego, o którym prawie nic nie wiedziała, a radość znajdowała w tym, że mąż rozmawia z nią o tych ważnych sprawach i do tego w taki miły i kulturalny spo sób. Z zachwytem powtarzała ją potem synom, a zwłaszcza córkom, które, podobnie jak ona, nic zupełnie o świecie ze wnętrznym nie wiedziały.
Chciała go pocieszyć w jego szlachetnym smutku, ale nie znalazła nic lepszego od modlitwy, o której wiedziała, że przyniesie mu ulgę, tak jak jej ją przynosiła.
- Może nasz Pan wróci nam "naszego efendi”* Abbasa - powiedziała.
- Kiedy?... Kiedy?... - potrząsnął głową i mruczał. - Tylko Pan nasz to wie. W gazetach czytamy o zwycięstwie Anglików. Ale czy naprawdę oni zwyciężają, czy też w końcu zwyciężą Niemcy i Turcy? Odpowiedź zna tylko Bóg. - Przy mknął oczy znużony i ziewnął. - Wynieś lampę do salonu - powiedział, prostując się.
Kobieta podniosła się, wzięła lampę ze stolika i poszła w kierunku drzwi, ale zanim przekroczyła próg, usłyszała, jak As-Sajjid głośno beknął.
- Na zdrowie - wymamrotała i wyszła.
(...)

Książka „Opowieści starego Kairu” - oprawa miękka - Wydawnictwo PIW.

Książka posiada 504 stron i została wydana w 2005 r.

Oceń, napisz recenzję/opinię [+]
  Bądź pierwszy - napisz opinię, recenzję o książce "Opowieści starego Kairu"